W takiej zieloności jeszcze nie jechaliśmy, w dodatku w grudniu, kiedy w Polsce było już szaro, a jeszcze nie biało. O Sri Lance nie wiedzieliśmy wiele, jakoś nie mieliśmy jej w głowie. Ale w końcu padło na tę właśnie wyspę o pięknym kształcie. I tak postanowiliśmy ugryźć Cejlon od strony rowerowej, w dodatku z Hanką lat 4 i Marianką lat 1 w przyczepce. Co wyróżniało naszą drogę?
Bujność
To był nasz największy zachwyt. Soczysta zieleń, wiecznie żywa, ekspansywna, wijąca się roślinność, opanowująca każdy możliwy centymetr przestrzeni. Nachalność tej przyrody aż czasem przytłaczała. Zapatrzałby się człowiek w jakiś bezkres, a tu buch, znowu zieleń. Czasem jechaliśmy, jak w tunelu i myśleliśmy o tym, ile nas po drodze spotkało zmiennych, którym stawialiśmy czoła, a zieleń ciągle była z nami. Rower, dawał nam jedyną w swym rodzaju możliwość poznania tej bujności niemal namacalnie. Zastanawialiśmy się jak to jest mieszkać w miejscu, które rodzi owoce cały rok, gdzie jednego dnia jest wiosna, lato i jesień, gdzie codziennie grabi się listki, które ustępują miejsca kolejnym, pchającym się do słońca? Dla Hani to było zadziwiające, a palma stała się jej ulubionym drzewem. Po powrocie wszystkie drzewa porównywała do nich, nawet rzeżucha była małą palmą (prawda, że podobna?). Bujność miała różne kształty – wspomnianej palmy i gajów palmowych, gęstej dżungli, nienazwanych kwiatów i pól herbacianych. Zabujaliśmy się w tej bujności! Ale też po jakimś czasie brakowało nam horyzontu – ten pojawił się w górach wraz z polami herbaty. Wiele z widoków zabrała nam niestety mgła, znowu gęsta. Przestrzeń pojawiła się też w parku narodowym i to było naprawdę coś!

Zieleń buch, Wojciech w ruch!

Gdzie jest Wojtek ? Podczas tego spektakularnego zjazdu lało jak z cebra, więcej zdjęć nie ma

Park Narodowy Bundala i piękny………Dławigad Indyjski

A to nasza swojska herbata
Deszcz i żar
Czyli dwa główne stany pogodowe, których unikamy w Polsce, ha ha! Tak, czasem się z siebie śmialiśmy, że monsun pograł nam na nosie Miał być gdzie indziej, a lało nam praktycznie codziennie, najczęściej od 14. W górach zdarzały się całe deszczowe dni, na wybrzeżu całe słoneczne. Niełatwe jest życie rowerzysty tropikalnego na Sri Lance w takiej aurze – raz zwiewa przed wielką ulewą, drugi raz szuka cienia przed palącym słońcem. Ciągle coś w tej ekspozycji uwiera. Ale przyzwyczailiśmy się, że taka aura, a nie inna i kropka. Porządnie zlało nas dwa razy, ale tak do suchej nitki, jeśli nie liczyć nieprzemakalnych kurtek. Pierwszy raz już w górach, gdy wjeżdżaliśmy do najwyżej położonego miasta Sri Lanki – Nuwara Eliya na 1900 m n.p.m. To było 10 kilometrów w deszczu, bite dwie godziny prysznica. Dziewczyny zdziwione, że im folia zaparowała, że ktoś włączył deszcz i że rodzice tak mokną! Potem, gdy zjeżdżaliśmy z chmurnych gór, znowu doświadczyliśmy nowości – jak to jest zmoknąć całkowicie i potem wysuszyć się w słońcu. Pranie, płukanie, bez wirowania, suszenie – dzień w lankijskiej pralce. Tak było na drodze z górzystego Ella prawie na wybrzeże, kiedy to, korzystając z długiego zjazdu, pokonaliśmy najwięcej kilometrów z przyczepką do tej pory (90!)
A poza tym było gooorąco, ale chyba znośnie, w porównaniu z innymi miesiącami? Przeklinany przez nas monsun, który wymuszał elastyczność i tak wystarczająco dużą w związku z podróżą z dziećmi, chyba jednak trochę uratował nam skórę. Było duszno, bo spora ilość wody w powietrzu była mocno odczuwalna, ale mimo wszystko jazda na rowerze dawała pewne ochłodzenie. No, chyba że jechaliśmy pod górkę.

Monsunowo…

I po deszczu…

Patelnia, okolice Parku Narodowego Bundala

Góry, góry, chmury, chmury… tez jakoś tak swojsko

Gorąco pod parasolem

Pod schodem

… pod kaskiem
Siła pociągowa
Uff jak gorąco, puff, jak gorąco! Na szczęście wsparliśmy się pociągami – oszczędziliśmy siły i czas. Bez zadyszki wjechaliśmy w góry z Kandy do Nanu Oya, a potem bez spalin przejechaliśmy odcinek Weligama – Colombo na wybrzeżu (na końcu wpisu mapka). Tempo bardzo nam pasowało, by napawać się cudnymi widokami za oknem. Pociągi, to niezwykły klimat, podniosłe rytuały na stacji, sunące przez zieloność kolorowe gąsienice, to wreszcie współpasażerowie i… niezła logistyka. Nie mogliśmy jechać z rowerami w jednym pociągu. Rowery jechały pociągiem pocztowym, a Wojtek nadawał je jako przesyłkę dzień wcześniej i nabył przy tym nową umiejętność – jechania z dwoma rowerami równocześnie. Następnego dnia rodzina, pozbawiona swego środka transportu, z resztą sprzętu (przyczepka+sakwy) tarabaniła się dwoma tuk tukami na dworzec kolejowy. Potem Wojtek wskakiwał z dwiema sakwami do pociągu, zajmował miejsca i wracał po resztę Szczęśliwie na stacji docelowej czekały na nas rowery i znów cała rodzina była w komplecie!

Kupiliśmy dla Hani połówkę, wszystko się zgadza!

Naczelnik stacji i…tajemnicza obręcz przekazywana maszyniście…

W herbacie

Spotkania, mijania, przypadkowe spojrzeń łapania (a na mych kolanach Mania )

Radość w rodzinie na stacji w Colombo! Wojtek przyprowadził rowery, które dotarły dzień wcześniej.
Świetne asfalty, czasem tłoczne asfalty
Wstępnie poczyniony rekonesans wskazywał, że będzie ok, i było. Równiutko, idealnie dla przyczepki. Na drogach bocznych było ciut gorzej, ale tylko ciut.
Drogi główne na południowym-zachodzie są niestety dość tłoczne. Kiedy tylko “dość”, to można jeszcze jechać w miarę spokojnie podziwiając krajobraz. Kiedy jednak robiło się gęsto, to uwagę trzeba było przerzucić całkowicie na współtowarzyszy ruchu – szczególnie na tuk-tuki, które poruszały się podobnym do nas torem i zatrzymywały gdzie popadnie. Do tego dochodziły sytuacje, kiedy ktoś zaciekawiony mijającym go właśnie ufo zatrzymywał się, żeby ufo minęło go ponownie. Najczęściej stop następował tuż przed nami, wymuszając zatrzymanie i czekanie na bezpieczny manewr wyprzedzania, i w końcu mijanie ku uciesze ciekawskich oraz bardzo poruszanych pasażerów pojazdu.
Poza tym czuliśmy się z przyczepką bezpieczniej niż w Polsce. Może z tego powodu, że wszyscy omijali szerokim łukiem ten dziwny pociąg rowerowy? Matka kura jechała z tyłu za przyczepką i gdakała dzwonkiem rowerowym, jak najgłośniej się dało, co było ledwo słyszalne w w ko-ko-ko-fonii dźwięków. Ale matce kurze dodawało animuszu Trudnych sytuacji mieliśmy właściwie tylko kilka. Taki był trzeci dzień jazdy na trasie do Kandy. Upał, tłok, podjazd 400 m w pionie, a jak podjazd, to spalanie większe, czyli śmierdziało gorzej niż w krakowskim smogu. Potem w Kandy przeszliśmy pierwszy intensywny kurs jazdy w azjatyckim “flow”. Czuliśmy się jak w ławicy, ale trochę się jej wyłamywaliśmy, przeciskaliśmy, uśmiechy słaliśmy, ręką machaliśmy, żeby gdzieś boczkiem czmychnąć, autobus co dymi wyprzedzić. Na najgorsze momenty zamykaliśmy dziewczyny szczelnie w przyczepce i wietrzyliśmy, kiedy nadarzyła się okazja. One nadzwyczaj dobrze znosiły muzykę drogi – nas czasem złościły intensywne trąbienia wyrażające pozdrowienia, bo dzieci własnie zasnęły, a te spały smacznie nie zważając na klaksony. Największy hardkor jednak to była stolica – godzinę byliśmy współtwórcami stołecznego korka, który szczelnie wypełniał ulicę. Sunęło po niej wszystko kilkoma rzędami, a boki nie ustępowały ulicy w gęstości.

Królowie dróg

Zdarzyło nam się jechać prawie pustą dwupasmówką

Ideał: równo, zielono… (z górki 😉 ! )

Trzeci dzień – tłoczna droga do Kandy

My hero. Jedyne z zdjęcie z Kolombo… a potem akcja!

Azjatycki misz masz w Hambantota, jest fashion!
Gęste pobocze i spotkania
Skraj drogi głównej to ludzie, którzy gdzieś jadą, lub właśnie przyjechali z zakupami, przydrożni sprzedawcy bananów, kolorowe sklepy z mydłem i powidłem, wałęsające się psy, leniwie leżące krowy. To Lankijczycy na starych rowerach, to ludzie nigdzie się nie spieszący, siedzący na plastikowych krzesełkach pod palmą, to buddyjskie świątynie, palmy, krzaki, budki z owocami (jakie kolory!). W takiej przestrzeni wzrok nie zagubi się na horyzoncie, bo zaraz coś przykuje naszą uwagę. A to babinka, co z krzesła wstać nie może, za chwilę mina zdziwionego psa, machające dzieciaki, ciekawy domek, palma bananowa, tam ktoś niespiesznie zamiata ogródek, tu komuś szczoteczka do zębów zamarła w ustach na nasz widok. Tak właśnie, zdziwienie cechowało naszą drogę. Mamy w głowie tysiąc zdziwionych min, tysiąc niepewnych, zaskoczonych śmiechów za nami. Ten moment, kiedy doznawali olśnienia, że w przyczepce są dzieci – bezcenny Spotkań mieliśmy bez liku, najczęściej tych krótkich, urywanych, czasem tempo pozwalało zareagować na “helooooł”, czasem tylko z daleka słyszeliśmy “baj baj”, czasem już nawet nie mieliśmy siły reagować. Woleliśmy spotkania indywidualne niż stadną ciekawość. Z grupą, która w tych szerokościach geograficznych tworzyła się z niezwykłą lekkością, trudniej było wejść w dialog. Czasem czuliśmy się, jak obwoźna atrakcja turystyczna. Tłumaczyliśmy zasady działania przyczepki, pokazywaliśmy nasze dziewczynki, jak siedzą zadowolone w swoim domku na kółkach… myślę, że daliśmy Lankijczykom sporo radości tą “fanaberią turystyczną ” 😉
Największą naszą (Justy) zmorą były liczne bezpańskie psy. Głównie były to zaniedbane, nieagresywne kundelki, leżące leniwie by przetrwać w upale, ale codziennie zdarzył się jakiś osobnik, który powodował przyspieszone pedałowanie. Bo zaskoczenie przechodziło często w lęk, a dalej w agresję. Zatrzymywanie też wiązało się z kontaktem z psami, w związku z czym niewiele zatrzymywałam się na robienie zdjęć i strasznie na to psioczyłam – o jakie adekwatne słowo!

Poranna gimnastyka dla ciała i ducha- skłon przyczepkowy!

Czasem próbowaliśmy skryć się na bocznych drogach, na próżno…

Idą święta i idzie uśmiechnięty tłumek obczaić lokalną atrakcję ;-)

Panowie jeszcze w błogiej nieświadomości, a tu im ufo pod warsztatem wylądowało..

Z bananem na twarzy, a banan to podstawowy atrybut rowerzysty tropikalnego, w dodatku rowerzysty z dziećmi

Więcej niż jeden pies na osobę
Pętla nieidealna
Wylądowaliśmy w okolicach Negombo na Zachodzie, środkową część Sri Lanki zajmują góry, którym oczywiście nie mogliśmy odpuścić, Północ kryła w sobie “must see” i główne zabytki Sri Lanki, Południe piękne plaże. Co wybrać, mając 3 tygodnie, dwójkę dzieci w przyczepce, jak ustalić trasę? Nic prostszego (trudniejszego) – zaczepić pętlę, jak pajęczynę na kilku punktach i pozwolić wiatrowi przygody wiać. U nas to był jednak zaledwie wietrzyk, a boczne drogi stanowiły dodatek naszej pętli. I tak wyszło nam 700 km, z czego 200 km pociągiem. Wybór drogi to niełatwe kompromisy – albo wyprofilowana, pewna droga główna, albo piękne drogi boczne i nierzadko podjazdy zwalające z nóg, objazdy czy też koniec drogi przejezdnej dla nas z przyczepką. W tropikach kosztowały nas zbyt wiele wysiłku, a musieliśmy pamiętać o potrzebach dzieci, o cieniu, wybieganiu, jedzeniu i wielu innych. Jak zwykle przy takich wyborach chodzi o czas. Sri Lankę zobaczyliśmy więc głównie od pobocza i zrozumieliśmy, że to “po drodze” stało się naszą esencją podróży, po prostu doświadczenie tropikalnej drogi na rowerach z dziećmi w przyczepce.
Ogólna mapa + link do dokładnej trasy z noclegami
A co na to dziewczyny i jak wyglądał nasz dzień? W następnym wpisie
8 Comments
Cześć Justa, Wojtek! Aż zajrzałem tu w chwili odpoczynku od drogi właśnie – za dużo ludzi z dzieciakami na przyczepkach poza Europą nie widziałem. Jestem pełen szacunku, serio – i nie mówię tylko o większym wysiłku fizycznym, ale o tym wszystkim, o czym możesz zapomnieć jadąc solo (na przykład, że “tu śpię, bo tutaj mnie dopadła noc” – czy z maluchami też tak można?
). A co do pory roku – właśnie w Laosie doświadczyłem, że ten okazjonalny deszcz (choć tutaj zimny, na 1500 m n.p.m. trudno o inny) ma tę zaletę, że oczyszcza powietrze z dymów pory suchej. I nagle te otwarte przestrzenie się pojawiają – bo ich chyba mi w lasach i dżunglach Azji najbardziej brakuje, trzeba na nie polować. No nic – rozpisałem się. Też fajnie się Was czyta! Będę szukał wskazówek jak sam z dzieciakami zacznę jeździć 😉 pozdrowienia!
Dzięki! Dokładnie, polowanie na przestrzeń
Z dziećmi i namiotem da się zanocować, gdzie wieczór zastanie…ale w tropikach trochę sobie tego nie wyobrażaliśmy. Kolejny wpis bedzie o tej dodatkowej logistyce, jakiej wymagają dzieci
Pozdrowienia z Krakowa wprost do Laosu 
Naprawdę ładnie na tej Sri Lance. Kusi. Oczywiście z rowerem
Ładnie i jak najbardziej fajnie na rower
Super! Już myślałam, że się nie doczekam
Zdjęcia super, wywołują efekt “ja chcę w drogę” 😉 Z innej beczki: myśleliście może nad lekkim powiększeniem czcionki? Wystarczy, że oczy chociaż trochę zmęczone i już ciężko się czyta.
Niezłe klimaty! Muszę przyznać, że daliście radę! Natłok zielonego (pewnie nie dało się nigdzie w krzaki powłazić?), deszcze i żar tropików to jest wyzwanie!
Z drugiej strony, cała ta egzotyka – kusi!